Stonkowe

Get your dropdown menu: profilki

wtorek, 11 marca 2014

Od Shaby: Początki Watahy

   Obudziłam się na łące... Co?! Gdzie ja miałam rozum?! Na takim terenie, a do tego w nocy, mogło mnie coś pożreć! Ja to mam szczęście... Ciągle żyje, chociaż często znajduję się nad przepaścią śmierci...

- Hmm... Jestem głodna... - mruknęłam pod nosem. - Bardzo głodna...

   Wstałam, otrzepałam się i ruszyłam na polowanie. Nie szło mi najlepiej... Wszystkie zwierzęta po prostu zwiały i nikogo nie było... Coś dziwnego wisiało w powietrzu, ale nie miałam pojęcia co. Szłam ścieżką, gdy nagle poczułam zapach czegoś dobrego. To nie był królik czy borsuk, a jak był, to jakiś niezwykły...
   Bez większego zastanowienia stwierdziłam, że sprawdzę co jest źródłem tajemniczej woni. Najpierw biegłam przez las, jednak gdy okazało się, że ''tego czegoś'' nie ma wśród drzew bardzo się zdziwiłam. Na otwartej przestrzeni, tym razem prerii, czułam się nieco mniej pewnie, ale nie zamierzałam teraz zawrócić.
   Biegłam tak przez dość długi czas, po twardej, gorącej ziemi. W końcu znalazłam coś, co bardzo przykuło moją uwagę, a mianowicie wioskę ludzi.
   Była to niewielka osada, otoczona z północnej strony pasmem gór, a z południowej lasem. Całe miasteczko otoczone było niewielkim murem, zapewne chroniącym przed drapieżnymi zwierzętami... W środku niego znajdowały się dosyć niskie, białe domy, które zdobione były czerwonymi lub brązowymi dachami. Ludzie teraz obchodzili jakiś dziwny obrzęd, więc bezpiecznie mogłam przeskoczyć murek i szukać pieczeni.
   Znalazłam wielką, tłustą kaczkę. Nie była wprawdzie przyrządzona przez ludzi, ale świeże mięsko jeszcze bardziej przypadło mi do gustu. Szkoda tylko, że nie była sama, a reszty nie zauważyłam. Kiedy skoczyłam na ptaka, pozostałe ''wzniosły alarm'', ludzie szybko przybiegli, wzięli konie, strzelby i ruszyli za mną w pogoń...
   Trzymając kaczkę w pysku trudniej było biec, ale jakoś mi się udawało. Postanowiłam wbiec do wąwozu, a tam zgubić ''orszak''. Po drodze jednak zraniłam się w łapkę i o mały włos nie zostałabym postrzelona. Tak czy owak udało mi się wyjść ze wszystkiego cało, tylko przez znakomity skok i zręczne, mimo zranionej łapy, ukrycie się w skałach. Wyszłam drugą stroną, a tam zobaczyłam Habirę...
   Nie wierzyłam własnym oczom! Moja kuzynka właśnie wylądowała na trawie. Zapominając o kaczce szybko pobiegłam do niej:

- Habi? - spytałam, wypuszczając z pyska ptaka.
- Sha...? -
wadera również się zdziwiła.
- Ty żyjesz?! -
ucieszyłam się i podbiegłam bliżej. - Co tu robisz?
- Oczywiście... Niestety... Chyba nikt prócz nas nie przeżył... -
spuściła głowę, usiadła i dodała. - Poleciałam szukać nowego miejsca na ziemi, a Ty co tu robisz?
- Ymm... To nie dobrze... Żadne szczeniaki? Przecież wszyscy próbowali uciekać... -
także posmutniałam.
- Nikt. Szczeniaki pozabierano, zanim uciekłam. Może któryś przeżył... Tego nie wiem. Nie zamierzałam nikogo szukać, jeszcze by mnie wrogowie zobaczyli.
- No tak... -
spuściłam łeb i spojrzałam na kaczkę.
- Co to?
- Moje jedzenie. -
przysunęłam ptaka bliżej wadery. - Złapałam u ludzi, bo w lesie niczego nie było... Chcesz trochę?
- Z nieba mi spadłaś z tą kaczką! -
uśmiechnęła się po czym odgryzła połowę kaczki.
Ja także się uśmiechnęłam i zjadłam resztę ptaka, tak samo jak moja kuzynka. Kiedy skończyłyśmy zauważyłyśmy w oddali jakiegoś wilka.

< Tennille? Nie dałaś pizzy, ja nie dałam kaczki xD >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz